Szukaj na tym blogu

środa, 1 sierpnia 2018

APARTAMENT W PARYŻU - GUILLAUME MUSSO




"Nie przyznawali się do tego, oboje jednak wierzyli nierozsądnie, że tajemnice malarza pozwolą im dotrzeć do jakiejś głęboko ukrytej prawdy - szukając obrazów Lorenza, szukali bowiem również siebie"


Za każdym razem gdy mam przed sobą książkę Guillaume Muso zastanawiam się dokąd tym razem zabierze mnie autor i w jakiej szalonej przygodzie będzie dane mi uczestniczyć. Nigdy jednak nie wątpiłam, że będzie to przygoda fascynująca. No cóż, tak też było i w tym przypadku.

Dwoje ludzi - Madeline, policjantka po przejściach, próbująca na nowo ułożyć sobie życie i zdystansować się do własnych osobistych przeżyć i Gaspard, samotnik chcący odciąć się od zgiełku i tłumu, który raz do roku przyjeżdża do Paryża aby w ciszy i spokoju napisać kolejna sztukę teatralną, dziwnym zrządzeniem losu, a może tylko zwykłym ludzkim błędem,  jest zmuszonych do wspólnego dzielenia wynajętego apartamentu, który był domem i zarazem pracownią Seana Lorenza. Początkowo wrogo do siebie nastawieni, a z czasem coraz bardziej zafascynowani tematem tragicznej historii życia malarza i jego rodziny, postanawiają połączyć siły i wspólnie rozwiązać zagadkę trzech zaginionych ostatnich obrazów artysty oraz sprawę porwania i zabójstwa jego synka. 
Wspólnie z bohaterami krok po kroku odkrywamy całą tajemnicę życia Seana Lorenza. Zanurzamy się w cudowną atmosferę Paryża, poznajemy tajniki pracy malarza i otaczającego go ówczesnego artystycznego świata. Śledzimy narodziny geniuszu i jego późniejszy rozwój, by wreszcie dotrzeć do momentu, gdy za sprawą tego jednego tragicznego dnia wszystko rozpada się jak domek z kart.

Musso tym razem stworzył powieść niezwykłą, jakże inną od tych jego powieści, które czytałam do tej pory. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się sztuka, pasja i talent, wszytko to czym oddycha artystyczny świat. Mimo iż nasi bohaterowie są osobami samotnymi, bynajmniej nie spodziewajcie się rozwijającego się na kartach powieści romansu, bowiem głównymi tematami książki jest życie i twórczość Seana Lorenza, a także zagadka kryminalna, którą próbują rozwiązać Madeline i Gaspard. Akcja nie porywa nas od razu w szaleńczy wir, ale łagodnie, stopniowo wprowadza napięcie, które będzie nam już towarzyszyć do ostatniej strony powieści, a która swym zakończeniem totalnie wywraca wszystko do góry nogami. 

Czytając "Apartament w Paryżu" byłam zafascynowana opowieściami o malarstwie i jego tajnikach. Zostałam porwana w świat sztuki i doskonale się w tym świecie czułam. Ta książka zdecydowanie różni się od pozostałych, ale właśnie ten fakt, iż autor pisząc powieść tak odmienną odnalazł się w tej konwencji, nie pierwszy raz utwierdza mnie w przekonaniu, iż Guillaume Musso zasługuje na miano najpoczytniejszego pisarza francuskiego. Zarówno "Apartament w Paryżu" jak i pozostałe dzieła autora wszystkim fanom dobrej lektury zdecydowanie polecam.



"Sztuka jest jak pożar. Powstaje z tego co spaliła"


OCENA: 8,5/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu
 


poniedziałek, 30 lipca 2018

ODPRYSK - SEBASTIAN FITZEK





"Nasz problem nie polega na tym, że za mało się uczymy. Przeciwnie. Naszym problemem jest zapominanie"

Ile bylibyście w stanie poświęcić własnej tożsamości, aby wymazać z pamięci zdarzenie, które nie pozwala wam dalej egzystować? Czy za cenę braku tragicznych wspomnień, pozwolilibyście zastąpić swoje całe życie, sztucznie wykreowaną przez naukowców przeszłością? Czy ten spokój ducha jest wart utraty wszystkiego co do tej pory przeżyliście i życie w permanentnej iluzji? 
Na te i inne pytania musi odpowiedzieć sobie Marc Lucas, prawnik i streetworker, który w wypadku samochodowym stracił żonę i nienarodzonego syna. Codziennie obwinia się o ich śmierć, a o winie niezmiennie przypomina mu odprysk metalu, który utkwił w jego karku. Nie można go usunąć operacyjnie, bo jest umieszczony tuż przy rdzeniu kręgowym, a każde przesunięcie go grozi paraliżem. Tak naprawdę Marc nie miałby nic przeciwko, gdyby ten odprysk go w końcu zabił. Żyje na granicy szaleństwa i prędzej czy później to szaleństwo go pochłonie. 
Pewnego dnia do idącego chodnikiem prawnika podjeżdża samochód. Marc wsiada do czarnego maybacha, a znajdujący się w nim starszy mężczyzna, który przedstawił się jako profesor Patrick Bleibtreu, roztacza przed zrozpaczonym człowiekiem wizję przyszłości bez pamięci o tragicznych wydarzeniach. Początkowo zaskoczony propozycją Marc zgadza się w końcu na wysłuchanie oferty profesora i uczestniczenie we wstępnych badaniach. Robi to jednak bardziej z ciekawości niż z rzeczywistej potrzeby zapomnienia.
Po kilkugodzinnej wizycie w klinice wraca do domu, który jeszcze rano był jego domem i widzi na drzwiach tabliczkę z zupełnie innym niż jego nazwiskiem. Drzwi otwiera mu ciężarna kobieta, która wygląda jak jego nieżyjącą żoną, a która zupełnie sobie go nie przypomina. Od tej pory już nic nie będzie normalne w życiu Marca. Od tego czasu już zawsze będzie się zastanawiał co jest fikcją a co rzeczywistością, co prawdą a co kłamstwem, i kim są ci wszyscy dziwni ludzie, którzy go otaczają? 

Po książkę sięgnęłam z uwagi na nazwisko autora, który jest  mistrzem thrillerów psychologicznych, numerem jeden w Niemczech. Jest to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, nie miałam więc porównania do innych jego powieści, ani nie wiedziałam czego tak naprawdę mogę się po nich spodziewać. I prawdę mówiąc, miałam wobec tej książki mieszane uczucia. Z jednej strony podobała mi się  fabuła, a także samo zakończenie, które ostatecznie okazało się całkiem logiczne, z drugiej miałam w trakcie czytania momenty, kiedy odrzucałam powieść na bok ze słowami - co za bzdura! Za każdym razem wracałam jednak do przerwanej lektury, gdyż ciekawość tego jak rozwinie się akcja była silniejsza od mojego czytelniczego focha. Ostatecznie czytanie zakończyłam słowami - nie było tak źle panie Fitzek, ale ....i tak do końca nie jestem tą powieścią w pełni usatysfakcjonowania. Brakowało mi bowiem tego jednego bardzo ważnego dla mnie elementu, tego płynnego przejścia między niesamowitością przeżyć bohatera a wyjaśnieniem całej tajemnicy, między złudzeniami a realnością. Czułam się jakbym dotarła do końca pokoju i nagle z rozmachem otworzyła drzwi do innego świata bez żadnego wstępu czy przygotowania. W jednej sekundzie byłam tam, w drugiej już jestem gdzie indziej. Zastanawiałam się, czy będąc na miejscu Marca tak szybko i bez wątpliwości uwierzyłabym w to co zostało mi wyjaśnione? Chyba jednak nie do końca.
Mimo tych wątpliwości powieść czytało mi się całkiem dobrze, więc nie będzie to na pewno moja ostatnia książka Sebastiana Fitzka i w niedalekiej przyszłości sięgnę po kolejne, a będę miała z czego wybierać, bowiem autor napisał już ich kilkanaście. 

"Czuję się jak człowiek, który połknął magnes, ale ten magnes nie przyciąga metalu, lecz obłęd. I bardzo się boję, ze jego działanie z sekundy na sekundę będzie coraz silniejsze"


OCENA: 7/10



wtorek, 24 lipca 2018

TA CHWILA - GUILLAUME MUSSO




"Po wichurze, w której zawieją dwadzieścia cztery wiatry, nic się nie ostanie"


Za każdym razem zaczynając powieść Musso zastanawiam się, czym tym razem zaskoczy mnie autor. Czy przewracając ostatnia stronę popadnę w zadumę, w kółko analizując to co własnie przeczytałam, czy wręcz przeciwnie odłożę ją szybko na bok, z zamiarem nie sięgnięcia już po nią nigdy więcej. Uwielbiam ten dreszcz niepewności, który towarzyszy mi zawsze gdy trzymam przed sobą nową, jeszcze nie czytaną przeze mnie książkę, a jej strona tytułowa jest jak klucz do tajemniczego świata wyobraźni pisarza. Nie inaczej było i tym razem. Byłam wręcz pewna, że "Ta chwila" okaże się niesamowitą przygodą.
Arthur ma 25 lat i wspaniałą karierę zawodową przed sobą. Zresztą gdy ma się 25 lat to tak naprawdę niewiele jest za, a wszystko przed. I z takim właśnie przeświadczeniem, że wszystko ma swój czas i życie będzie zawsze płynąć leniwie do przodu Arthur Costello spędzał urodziny. Nie wiedział jak bardzo się w tym swoim rozumowaniu pomylił. W tym dniu otrzymał od swojego ojca prezent - latarnie morską zwaną Latarnią Dwudziestu Czterech Wiatrów. Był to prezent niezwykły, bo obwarowany zakazami. Po pierwsze latarnia musiała pozostać w rodzinie, nie można jej było nikomu sprzedać ani odstąpić, po drugie nigdy, pod żadnym pozorem nowy właściciel nie powinien otwierać drzwi prowadzących do pomieszczenia znajdującego się pod latarnią. Nietrudno się domyślić, że Arthur od razu złamał ten drugi zakaz i stanął oko w oko ze swoim przeznaczeniem, rozpoczynając walkę z wielkim przeciwnikiem - czasem.
Kiedy Lisa, marząca o karierze aktorskiej dziewczyna, spotka na swojej drodze Arthura, nie zdaje sobie sprawy, że to spotkanie zaważy na całym jej życiu, a miłość która z czasem narodzi się między nimi będzie głęboka, magiczna i niewytłumaczalna, Arthur bowiem pojawia się w jej życiu tylko raz do roku, nie mogąc pozostać dłużej niż 24 godziny. 


"Jak żyć z człowiekiem, który istnieje tylko przez jeden dzień w roku?"

"Ta chwila" jest powieścią, która odsłania wszystkie swoje tajemnice dopiero gdy skończymy ją czytać. Nikt nie mógł mnie przygotować na emocje, które targały mną po jej przeczytaniu, nic też takich emocji nie zapowiadało. Nagle wszystko ułożyło się w zgrabną całość, a niesamowitość nierealnych zdarzeń nabrała ludzkiego kształtu. Już nie raz przekonałam się, że człowiek w starciu z niewyobrażalną tragedią jaka go w życiu spotkała, potrafi dzięki wyobraźni i umiejętności kształtowania alternatywnej rzeczywistości przeczekać najgorsze chwile życia, spróbować wstać z kolan i żyć dalej oraz, że nie wszystko dane jest nam raz na zawsze. 
Ta książka mnie absolutnie nie zawiodła. Musso i tym razem stanął na wysokości zadania i stworzył powieść, koło której nie można przejść obojętnie. W ciągu tych kilku godzin czytania na przemian kibicujemy bohaterom, złościmy się śledząc ich wybory życiowe i współczujemy obserwując zmagania Arthura i Lisy z upływającym czasem. A wszystko to zwieńczone nieprzewidywalnym zakończeniem.

Polecam ją nie tylko fanom twórczości Musso. 



"Nie zapomnij, że mamy dwa życia. Drugie zaczyna się, gdy uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz"

OCENA: 8/10



sobota, 21 lipca 2018

W PUŁAPCE - MAGDA STACHULA




"To straszne, że jedni ludzie tak łatwo potrafią ukryć swoja prawdziwą naturę za fasadą przybranej twarzy, a inni ślepo w to wierzą"


To już moje trzecie spotkanie z twórczością Magdy Stachuli, a ostatnio można by rzec, zrobiłam sobie prawdziwy "stachulowy" maraton czytając prawie jedną jej książkę po drugiej. Dwie poprzednie powieści "Idealna" i "Trzecia"  bardzo mi się podobały, postanowiłam więc od razu sprawdzić co kryje w sobie jej najnowszy thriller "W pułapce".

Podobnie jak w poprzednich swoich powieściach autorka głównymi bohaterkami uczyniła kobiety. Ponownie również zastosowała narrację wieloosobową, która tym razem nie biegnie równolegle, ale przedstawia wydarzenia dziejące się w odstępie jednego roku. Najpierw poznajemy Klarę, która budzi się nad ranem na klatce schodowej bloku, w którym mieszkają jej rodzice. Niczego nie pamięta z minionych kilku godzin. Ostatnią rzeczą, która mgliście zarysowuje się w jej umyśle jest sobotnia impreza, na której była, i taksówka, do której potem wsiada. Jest przekonana, że urwał jej się film, a ona spędziła ostatnie godziny śpiąc na schodach, gdyby nie jeden drobny szczegół. Klara nie budzi się w niedziele nad ranem. Ze zgrozą odkrywa, że jest już .... wtorek. Co się z nią działo przez te dwa dni, co się wydarzyło w tym czasie i dlaczego ona nie pamięta ani sekundy z tego okresu?

Rok wcześniej Lisa, Polka mieszkająca w Berlinie, wracając z Krakowa do domu zatrzymuje się na stacji benzynowej przy autostradzie. Ostatnie co pamięta to damska toaleta, do której weszła. Po kilku dniach budzi się w lesie. Jej porzucony samochód odnajduje się niedaleko. Nic z jej osobistych rzeczy nie zginęło, nie brakuje nawet pieniędzy i kart kredytowych. Jedynie czego dziewczyna nie może sobie przypomnieć to wydarzenia ostatnich dni. Lisa po powrocie do domu nie radzi sobie z rzeczywistością, regularnie korzysta z pomocy psychoterapeuty i psychiatry. Zamyka się w sobie, odgradza od ludzi i coraz głębiej popada w paranoje. Wydaje jej się, że ktoś pod jej nieobecność przebywa w jej domu i przestawia przedmioty. Dla Lisy koszmar się jeszcze nie skończył.
Autorka ponownie nie oszczędza swoich czytelników. Stopniowo poznając historię obu kobiet staramy się znaleźć łączące je punkty i rozwiązać tę zawiłą zagadkę.  Dwie różne kobiety, mieszkające w dwóch różnych państwach, które prawdopodobnie nigdy się ze sobą nie spotkały zostają uprowadzone. Czy to przypadek, czy jednak jest coś co je łączy? Kto za tym wszystkim stoi? I czy uda się znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania nim będzie za późno?

Magda Stachula po swoim debiucie literackim została okrzyknięta mistrzynią thrillera psychologicznego. Wtedy wydawało mi się to przedwczesne, teraz jednak po przeczytaniu wszystkich trzech powieści mogę śmiało powiedzieć, że według mnie zasłużyła na ten tytuł. Podobnie jak w "Trzeciej" głównymi filarami są doskonale zarysowane pod względem psychologicznym postaci i misternie skonstruowana intryga, która trzyma nas w szachu aż do samego końca. Autorka doskonale potrafi zagłębić się w umysły bohaterów. Cała ta walka, niepewność, strach i przerażenie wynikające z przeżytych zdarzeń, przede wszystkim rozgrywa się w głowach kobiet. Poznajemy ich myśli i kłębiące się w nich emocje. Zdajemy sobie sprawę, że czasami pułapką jest sam umysł, który nie pozwala myśleć racjonalnie i powrócić na  tory normalnego życia. Do samego końca zastanawiamy się, czy uda im się z tych pułapek wyzwolić czy tez nie. Umysł jest bowiem tylko jedną z nich, ale niestety nie jedyną.
"W pułapce" jest powieścią, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim wielbicielom thrillerów psychologicznych. Ja sama już od teraz niecierpliwie będę wyczekiwać kolejnej książki Magdy Stachuli i mam nadzieję, że autorka nie pozwoli nam na nią za długo czekać.

"Wiesz, że nie zapomnisz, po co więc ta ucieczka?"


OCENA: 8,5/10



wtorek, 17 lipca 2018

TAJEMNICA DOMU HELCLÓW - MARYLA SZYMICZKOWA






" Fascynowało ją, ile ludzie ujawniają, kiedy się ich przymusi do odpowiedzi - a zwłaszcza ile ujawniają nieświadomie, próbując to i owo ukryć"



Lubicie kryminały? Bo ja bardzo. A kryminały retro? I tutaj również kiwam głową. Uwielbiam Sherlocka Holmesa, Herculesa Poirota i Pannę Marple. Tajemnice osadzone niewspółcześnie i zagadki, do rozwiązania których nie potrzeba siły ale sprytu. Nic nie daje większej satysfakcji czytelnikowi jak właśnie jej rozwiązanie. Ile radości niesie ze sobą mozolne zbieranie mało istotnych elementów tajemnicy, sklejanie ich w całość, by na koniec wykrzyknąć - wiem już kto zabił! 
"Tajemnica Domu Helclów" jest pierwszą częścią cyklu kryminałów retro, stworzonych przez Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, kryjących się pod pseudonimem literackim Maryla Szymiczkowa. To właśnie w głowach obu Panów narodziła się postać niezwykła - Profesorowa Zofia Szczupaczyńska, mieszkająca przy ulicy Św. Jana, w XIX-wiecznym Krakowie, wraz ze swoim mężem Ignacym, i co podkreśla bardzo dobitnie wszem i wobec, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zofii Szczupaczyńskiej nie w głowie zagadki kryminalne. Owszem wieczorami zaczytuje się w ówczesnych powieściach sensacyjnych i opowiadaniach Poego, więc jakieś pojecie o świecie przestępczym ma, ale przecież kobiecie z jej pozycją społeczną takie rzeczy nie uchodzą i jeszcze do tego "ma tysiąc spraw na głowie, musi pamiętać o pulardzie na obiad, nie zapomnieć o kupieniu wina przeciwko cholerze i sprawdzić, czy nowa służąca dobrze wyczyściła srebra"....
Kiedy poznajemy nasza bohaterkę, nie wie ona jeszcze, że przyczyni się do rozwiązania tajemniczego zaginięcia jednej i morderstwa kolejnej pensjonariuszki Domu HelclówZ wrodzoną dociekliwością, spostrzegawczością, tupetem i inteligencją krok po kroku będzie prowadzić swoje własne śledztwo, by niczym Hercules Poirot w "Morderstwie  w Orient Expresie" wyjawić ostatecznie jego wyniki zebranym w jednym pomieszczeniu zainteresowanym. 



"Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli je należycie zagłębić, to można diabła ze szczegółów wyłuskać"



Doskonale przedstawiona atmosfera XIX-wiecznego Krakowa, historyczne smaczki wplecione w fabułę powieści, język, styl, poczucie humoru, tym wszystkim delektowałam się niespiesznie przerzucając strony książki. Tutaj tempo nie porywa czytelnika, nie ma dreszczu emocji czy nagłych zwrotów akcji. Tak naprawdę mamy do czynienia z dobrze napisaną powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym, w której na pierwszy plan wysuwa się nie zbrodnia, ale tło  społeczne ówczesnego Krakowa. Jesteśmy świadkami otwarcia Teatru Miejskiego czy pogrzebu Jana Matejki, spotykamy, w tym czasie jeszcze studenta medycyny, Tadeuszka Żeleńskiego późniejszego "Boya" czy słuchamy opowieści o życiu ważnych postaci tamtych czasów oraz o arystokratycznych rodach i ich koneksjach.
"Tajemnica Domu Helclów" to nie jest książka dla każdego i nie każdy czytelnik odnajdzie się w takich klimatach. Na pewno nie ci, którzy liczyli na soczysty kryminał i literacką zagadkę roku. Mnie ta książka osobiści oczarowała i na pewno już niebawem sięgnę po kolejne powieści Maryli Szymiczkowej. 

OCENA: 9/10