Szukaj na tym blogu

czwartek, 13 czerwca 2019

 RACHAEL LIPPINCOTT, MIKKI DAUGHTRY, TOBIAS IACONIS - TRZY KROKI OD SIEBIE




"Jeśli mam umrzeć, to najpierw chciałbym trochę pożyć. A potem sobie umrę"


Stella Grant, tak jak wszystkie współczesne nastolatki chciałaby żyć pełnią życia, podróżować, zakochać się, planować przyszłość i spełniać swoje marzenia. Nie może jednak tego robić, nie może bawić się bez ograniczeń z przyjaciółmi, szaleć, snuć planów na przyszłość, bo Stella tej przyszłości nie ma. W momencie kiedy przyszła na świat wiadomo było, że od tej chwili będzie żyć z wyrokiem śmierci, że umrze młodo, a każdy jej dzień będzie walką o to by odejść jak najpóźniej. 
Stella choruje na mukowiscydozę, chorobę dziedziczną, która objawia się tym, że organizm chorego produkuje nadmiernie lepki śluz, powodując tym samym zaburzenia wszystkich narządów posiadających gruczoły śluzowe. Dla chorego na mucowiscydozę zwykłe przeziębienie może błyskawicznie przerodzić się w śmiertelnie niebezpieczne zapalenie płuc, a zlekceważona infekcja skóry może zakończyć się sepsą. Nadmierne więc dbanie o zdrowie nie jest w przypadku Stelli nadgorliwością ale koniecznością. Dziewczyna karnie stosuje się do wszystkich lekarskich zaleceń, regularnie bierze leki i niepotrzebnie nie ryzykuje. Prowadzi własny kanał na You Tube, na którym opowiada o swoim życiu z mucowiscydozą, a także jest twórczynią apki pomagającej ludziom przewlekle chorym prawidłowe dawkowanie leków. Dla Stelli szpital jest jej drugim domem, a pracujący na oddziale ludzie drugą rodziną. Do najbliższych Stelli osób należy także Poe, jej najlepszy szpitalny przyjaciel, tak jak ona chorujący na mukowiscydozę.
Pewnego dnia na oddziale pojawia się Will, nowy pacjent z dodatkowym wyrokiem śmierci w pakiecie. Oprócz walki z mukowiscydozą, zmaga się on z bardzo groźną dla chorych i odporną na wszystkie antybiotyki bakterią B. cepacia. Dla Willa praktycznie nie ma już nadziei. On sam zresztą pogodził się z nadejściem ostatecznego końca, już nie walczy, nie stara się, chce tylko ten krótki okres czasu, który mu pozostał przeżyć na własnych warunkach. 
Spotkanie Stelli i Willa, jest dla każdego z nich szokiem. Tak różni od siebie, z początku nie przypadają sobie do gustu. Gdy jednak zaczynają się częściej spotykać, wzajemnie poznawać i powoli odkrywać przed sobą skrywane przed całym światem sekrety - zakochują się w sobie. To wyjątkowo trudna miłość. Z uwagi na chorobę obojga i dodatkową bakterię Willa, nie mogą się nigdy dotknąć ani pocałować, a odległość która ich dzieli, nie może być krótsza niż trzy kroki. Miłość Willa i Stelli wpleciona w tą szpitalną codzienność jest dla nich wielkim wyzwaniem, tym bardziej, że największą przeszkodą stojącą pomiędzy nimi jest choroba. To dla Stelli Will postanawia ostatni raz zawalczyć o czas, który im jeszcze pozostał. To dla Willa Stella powoli zmienia swoje nastawienie do życia z chorobą. 

"Trzy kroki od siebie" to piękna opowieść o walce i trudzie oraz wyjątkowej odwadze i sile ludzi, którym przyszło się z tą nieuleczalną chorobą zmierzyć. Autorka w prosty sposób opowiada o codziennym życiu chorych, lekach, zabiegach, niebezpieczeństwach związanych z chorobą, emocjonalnych wzlotach i upadkach, a także o niełatwych relacjach rodzinnych i ogromnej sile miłości w cieniu śmierci. Mimo iż "Trzy kroki od siebie" jest powieścią napisaną na podstawie scenariusza, co zawsze odrobinę odbiera głębię fabule, to historia dwojga zakochanych w sobie ludzi chorujących na śmiertelną chorobę jak najbardziej zasługuje na uwagę. To mądra i wzruszająca historia, która z pewnością spodoba się nie tylko młodym czytelnikom.


OCENA: 8/10


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję
 Wydawnictwu Media Rodzina


środa, 12 czerwca 2019




"Leżałem i się marnowałem. Gniłem i malałem. Miałem trzydzieści dziewięć lat i zaczęły wypadać mi włosy. Kończyły się pieniądze, pomysły i rozmiar M. Nic mnie nie gnało, nic nie ciągnęło, nic nie zaprzątało i nic nie podnosiło. Nic nie słuchało i nic nie mówiło. Nic nie znaczyło"


"Teoria opanowania trwogi" to debiut prozatorski muzyka, wokalisty, autora tekstów i kompozytora Tomasza Organka. W tak genialnym umyśle muzycznym na pewno wiele się dzieje. Kłębiące się pomysły, analizy czy twórcze procesy muszą znaleźć swoje ujście. Czasami zamieniają się w tekst piosenki, czasami w genialną kompozycję, a czasami w książkę, potrzebują bowiem większej przestrzeni, aby nam się zaprezentować, wyfrunąć z duszy i zamienić w słowa.

Dziennikarz portalu plotkarskiego Borys ma 39 lat. Czuje się trochę zagubiony w otoczeniu młodych kolegów z branży, starający się mimo wszystko nadążyć za współczesną rzeczywistością, dogonić pędzące życie i sprostać oczekiwaniom szefa. Jest znudzony swoją egzystencją, rozczarowany życiem i pesymistycznie do niego nastawiony. Gdy traci pracę, na której tak naprawdę nigdy mu nie zależało, nie opada na dno, nadal żyje z dnia na dzień. Pewnego takiego nic nieznaczącego dnia Borys spotyka Niete, nie stroniącą od alkoholu, lubiącą luz, szaloną, wybuchową Anetę, swoją dawną miłość. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że zmarł jej ojciec. Prosi więc Borysa, by jej towarzyszył w podróży na pogrzeb. Podróży będącej początkiem niebezpiecznych wydarzeń a także odkrycia głęboko ukrytych tajemnic rodzinnych. Historią przepełnioną poszukiwaniem życiowego celu i pełną rozważań na temat kondycji polskiego społeczeństwa.
 
„Teoria opanowania trwogi” to książka podejmująca niecodzienne tematy, zawierająca rozważania na temat nieuchronności śmierci i lęku przed tym co nieuniknione. Książka pełna metafor, odwołań do literatury, filmu, muzyki.
Powieść Tomasza Organka to nie jest łatwa lektura, wymaga skupienia i refleksyjnego nastroju. Nie każdy bowiem i nie zawsze ma ochotę na rozważania egzystencjalne, na drobiazgową analizę duszy, na dotarcie do dna. „Teoria opanowania trwogi” to ambitna lektura. Czasami miałam wrażenie, że do niej nie dorosłam, mimo że rozważania głównego bohatera nie były mi tak do końca obce. Bliżej mi jest bowiem do pokolenia Borysa, niż współczesnych młodych gniewnych.
To nie jest książka na jeden wieczór i nie jest to książka dla każdego. Jeśli ktoś nastawia się na wartką akcję, pełną błyskotliwych dialogów to odrobinę się zawiedzie. Tutaj to raczej myśli, rozkładana na czynniki pierwsze codzienność i filozoficzne rozważania bohatera grają pierwsze skrzypce.
Czy mi się książka podobała? Jednoznacznie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie żałuję, że ją przeczytałam i nawet na pewno wrócę do niej ponownie, by przeanalizować to co mi w niej umknęło, ale bywały chwile, że jako czytelnik czułam się odrobinę zagubiona i przytłoczona jej treścią.


OCENA: 6/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję
 Wydawnictwu WAB 

piątek, 7 czerwca 2019




"Inne miasta znała tylko ze zdjęć w gazetach, ale czuła, że żadne z nich nie dorównuje Warszawie, bo każde z tamtych powstało z pieniędzy. A Warszawa powstała z woli i nadziei, z siły i wiary w przyszłość"


Jestem czytelniczką bez gatunkowych ograniczeń. Chętnie i często sięgam zarówno po kryminały, thrillery, fantastykę czy powieści grozy, jak i gorące romanse, literaturę faktu czy powieść obyczajową. Ten ostatni gatunek szczególnie sobie w ostatnim czasie upodobałam, bo ku mojej ogromnej radości ciekawych obyczajówek coraz więcej pojawia się na naszym rynku. 

Tłem wydarzeń rozgrywających się przez dziesięciolecia w "Placu Konstytucji" jest tytułowy warszawski plac i historia rodziny mieszkającej w jednym z domów powstałych na jego skraju. To miejsce jedyne w swoim rodzaju, pełne historii, świadek-symbol nowoczesnego świata, powstałego w "trudzie i znoju" na gruzach powojennej Warszawy. Plac Konstytucji na naszych oczach powstaje, żyje i przeobraża się przez pokolenia, transformuje tak, jak nasze społeczeństwo. Dla każdego pokolenia oznaczał on coś innego. Początkowo był dumą narodu, sztandarową inwestycją Warszawy, potem powiewem luksusu i dostatniego życia jego mieszkańców, by na końcu stać się areną walk polskiego społeczeństwa.

Lipiec 1952 roku - młodziutka Mania, świeżo upieczona warszawianka, studentka Politechniki i członkini ZMP z dumą współuczestniczy w budowie MDM (Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej). Jest dumna z wartości, które reprezentuje władza, podziwia przodowników pracy, popiera nowy ład i porządek oraz budowę lepszej, równej dla wszystkich Polski. To właśnie symbolem wszystkiego co dla Marii najważniejsze jest nowo wybudowany Plac Konstytucji, także symbolem nowoczesnego myślenia. Mania chce być bowiem nowoczesną kobietą, niezależną od mężczyzn, sama kształtując swój własny los. W lipcu 1952 dziewczyna nie wie jeszcze jak różne od dzisiejszych marzeń będą decyzje, które zmuszona będzie podjąć. Niedługo potem zachodzi w ciążę z nieznajomym, będącym jednodniową doprawioną alkoholem przygodą i wychodzi za mąż za kolegę ze studiów Jerzego Pabisiaka, którego ani nie kocha ani też nawet chyba nie lubi. Jest jednak coś co on za sprzeniewierzenie się własnym wartościom daje jej w zamian - mieszkanie w bloku przy Placu Konstytucji i dostatnie życie żony pracownika ministerstwa -  a Maria w imię lepszego jutra tę propozycję przyjmuje.
Dominika Buczak opowiadając o życiu Marii Pabisiak i jej rodziny przedstawia nam najważniejsze wydarzenia powojennej Warszawy, przełomowe momenty polityczne w kraju i zmiany w świadomości Polaków. Losy jej syna Adama śledzimy w czasach studenckich buntów końca lat 60. i późniejszych politycznych przemian, a przeżycia wnuka Roberta, typowego kibola-narodowca, a także sąsiadów rodziny Magdy i Michała, przypadają na czasy "posmoleńskiego" podziału kraju i otwarcia części społeczeństwa polskiego na równość i tolerancję. 
W losach tej rodziny jest wiele zamkniętych jeszcze stron, zakurzonych tajemnic, które dopiero dekady później wyłonią się na światło dzienne. To także historia o niezrealizowanych planach, zmiennych decyzjach i życiowych rozczarowaniach.  Niedomówienia, przemilczenia i kłamstwa w imię dobra rodziny, stopniowo zaczynają zbierać swoje żniwa. Nie wszystkie tajemnice zostaną nam ujawnione już teraz, część z nich autorka odkryje przed nami dopiero w kontynuacji sagi. "Plac Konstytucji" jest bowiem jej początkiem, bo jak możemy przeczytać pod ostatnim zdaniem - cześć dalsza nastąpi. 

Dominika Buczak, z ogromną dbałością o historyczne detale, stworzyła opowieść, która naprawdę zaciekawia. Piękny styl autorki i fantastycznie wykreowanie postaci, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe, sprawiają, że od lektury nie sposób się oderwać. Mnie wciągnęła ona bez reszty, ja dosłownie żyłam tą opowieścią. W życie fikcyjnych Pabisiaków wplecione zostały historyczne postaci, które nadają powieści realizmu, wręcz utwierdzając nas w przekonaniu, że ta historia musiała wydarzyć się naprawdę. "Plac Konstytucji" to powieść dla tych wszystkich, którzy lubią wielopokoleniowe sagi wplecione w historyczne wydarzenia, klimatyczne, pięknie opowiedziane i zapadające głęboko w pamięć.


OCENA: 9/10



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera



środa, 5 czerwca 2019








Twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej poznałam całkiem niedawno za sprawą serii książek "Zakręty losu". "Bezlitosna siła. Kastor" to pierwsza odsłona zupełnie nowej serii. Serii, która zapowiada się naprawdę obiecująco.

On Konstanty Lombardzki - bogaty prezes dobrze prosperującej firmy, będący jednocześnie niezwyciężonym zawodnikiem MMA - Kastorem. Silny, bezwzględny, władczy, cały czas poskramiający targające nim demony. Ona Anita Sokół - hostessa w klubie i sprzątaczka w biurze Konstantego, kobieta po traumatycznych przejściach, która nie do końca jeszcze uporała się z przeszłością. Dwoje poranionych ludzi, na co dzień przyobleczonych w maski niedomówień i tajemnic, spotyka się w podziemiach klubu, w którym organizowane są walki. On walczy, ukryty za skórzaną maską - ona w tym klubie, który należy do jego przyjaciela, pracuje. Podziwia Kastora, ale się go boi. Jak zresztą wszystkich spotykanych na swojej drodze mężczyzn. On toczy walki by dać ujście kotłującym się w jego wnętrzu emocjom, ona codzienne walczy sama ze sobą by odegnać złe wspomnienia, odzyskać godność, by po prostu żyć. 
Prowadzący podwójne życie Konstanty, od razu rozpoznaje w sprzątającej jego biuro kobiecie hostessę z klubu. Anita nie jest jednak świadoma jego podwójnego życia. Zakochuje się w prezesie, podziwiając jednocześnie walczącego co weekend Kastora. On powoli wychodzi z zimnej skorupy, która okrywała jego serce i duszę, mając świadomość tego, że to dzięki Anicie znowu czuje się człowiekiem, a ona dzięki niemu odkrywa w sobie siłę, by wstać z kolan i ruszyć do przodu.

Ci czytelnicy, którzy znają twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej doskonale wiedzą, że bohaterowie jej powieści  nigdy nie są przeciętni i mało interesujący. To ludzie z trudną przeszłością, toczący walki sami ze sobą, ze swoimi demonami, krok po kroku wychodząc z mroku swoich ograniczeń. Oni nie budzą się pewnego pięknego dnia z okrzykiem - alleluja, jestem ozdrowiony, ale walczą, a my tę ich walkę obserwujemy, kibicujemy im i ich wspieramy. Także i tym razem jest podobnie. Bohaterowie "Bezlitosnej siły" mają do pokonania niejednego wroga. Są silni i zdeterminowani. Wiedzą bowiem, że pomimo, iż nie są już samotni, to tę najcięższą z walk muszą stoczyć sami. 
Autorka jak zwykle nie boi się poruszać w powieści trudnych tematów. Z jednej strony przemoc wobec kobiet, molestowanie, agresja i patologia w rodzinie. Z drugiej opowieść o miłości i przyjaźni pomimo wszystko. Mieszanka, która zabiera nas na emocjonalny rollercoaster już od pierwszych stron. 
Myślę, że fani twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej po tę książkę mogą sięgać w ciemno. Tych, którzy jeszcze nie zetknęli się z żadnym tytułem autorki serdecznie do tego zachęcam.

OCENA: 8/10




Za możliwość przeczytania książki dziękuję
 Wydawnictwu Burda Książki


wtorek, 4 czerwca 2019




"Aby Nowy Jork mógł stać się miastem snów, część mieszkańców skazano na koszmar"

W XIX wieku, między Manhattanem a Brooklynem, na środku rzeki East River stworzono piekło na ziemi. Na wyspie Blackwell, obecnie Roosevelt Island, wybudowano kompleks budynków, w których znajdowały się szpital i przytułek, będący domem nie tylko dla sierot oraz dom pracy przymusowej, zakład karny i zakład dla obłąkanych. Początkowo to miejsce miało służyć pomocą, ofiarowywać potrzebującym najlepszą opiekę, miało być miejscem idealnym. Z czasem jednak zamieniło się w najgorszy eksperyment społeczny w dziejach Ameryki. 
Na wyspę Blackwell trafiali ludzie najubożsi, chorzy fizycznie i umysłowo, a także przestępcy i ludzie z marginesu społecznego. Zdarzało się jednak, że skazywano na umieszczenie w tej placówce ludzi zupełnie zdrowych, błędnie interpretując problemy emocjonalne z obłąkaniem, czy niewygodnych dla rodziny krewnych, których ta chciała się pozbyć. Przerażająca była na przykład liczba wdów czy niewygodnych żon, bez żadnych skrupułów umieszczanych w placówce. Na wyspę trafiali także obcokrajowcy, nieznający języka angielskiego i wszyscy ci, którzy w jakikolwiek sposób odstawali od przyjętych zasad. 
Dla ludzi z zewnątrz ośrodek ten nie wydawał się niczym dziwnym, zwykłą placówką, w której mieszkali chorzy ludzie wymagający pomocy i opieki. Prawda okazała się zgoła inna. Reporterka Nellie Bly, udając obłąkaną pozwoliła zamknąć się w placówce na całe dziesięć dni. To co ujawniła światu, wstrząsnęło opinią publiczną. Eksperymenty medyczne, znęcanie się nad pacjentami (krępowanie pacjentów było na porządku dziennym), głód, brud, a co za tym idzie błyskawiczne rozszerzanie się chorób, czy brak pomocy ze strony personelu, to tylko niektóre z okropności, które były codziennością na wyspie. Z powodu braków kadrowych w charakterze pielęgniarzy czy salowych zatrudniano przestępców, także umieszczonych w tej placówce. Ludzie umierali masowo, w bólu, cierpieniu, z powodu szerzących się chorób czy po prostu mordowani. 
Z kart książki możemy dowiedzieć się także, w jaki sposób w XIX wieku tworzono prawo, czy jak wyglądały procedury sądowe. Wiele miejsca autorka poświęciła także opisowi życia ówczesnego społeczeństwa. Obraz ten niestety wydaje się równie ponury, co życie na wyspie.

Książka podzielona jest na pięć części, każda z nich opisuję inną placówkę tego kompleksu, historię jej powstania i sposoby zarządzania, a także żywe przykłady osób, które miały nieszczęście w tych placówkach przebywać. Historie tych ludzi wstrząsnęły mną do głębi. Żaden przeczytany dotychczas horror nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak tych pięć przerażających rozdziałów. To nie była łatwa lektura, ale absolutnie nie miała taką być. Opowieść o tym co działo się za murami placówki, o pełnym cierpienia życiu i śmierci osób tam przebywających nie jest opowieścią dla każdego. Sięgając po "Wyspę potępionych" trzeba mieć absolutną świadomość tego, z jakimi potwornościami przyjdzie nam się spotkać oraz, że opisane tutaj wydarzenia naprawdę miały miejsce. Mną ta książka wstrząsnęła i myślę, że nie tylko mną. To bardzo mocna literatura dla dojrzałego czytelnika, świadomego dramatu, który tak szczegółowo opisała Stacy Horn. 


"Pierwszym krokiem do tego, żeby coś poprawić, jest właściwe rozpoznanie tego, co naprawdę jest źle"


OCENA: 8/10



Za możliwość przeczytania książki dziękuję 
Wydawnictwu Znak Literanova