Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen G. Michaud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen G. Michaud. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

EVEREST. NA PEWNĄ ŚMIERĆ - BECK WEATHERS, STEPHEN G. MICHAUD




"Tamtego dnia na górze wymieniłem moje dłonie za rodzinę i przyszłość"

Pasja, słowo o miękkim, przyjemnym brzmieniu. To ona bardzo często nadaje życiu sens. Człowiek bez pasji wpada w rutynę dnia codziennego, zapadając się powoli, czasami nie zdając sobie z tego sprawy, w głąb zwyczajnego, pozbawionego radości, nudnego życia. Pasja nie musi być spektakularna, jedna jedyna i trwać przez całe życie. Można wciąż szukać czegoś nowego, najważniejsze że jest i popycha nas do działania. Tej, której do tej pory nie rozumiałam to rzucenie na szalę własnego życia i zdrowia, w zamian za zdobywanie górskich szczytów, i właśnie to moje niezrozumienie skłoniło mnie do pogłębienia wiedzy o tej własnie pasji i ludziach, którzy ją dzielą.
Bohaterem książki i zarówno jej narratorem jest Beck Weathers, amerykański lekarz patolog, który 10 maja 1996 roku znalazł się wśród uczestników wyprawy na Mount Everest. Wyprawy tragicznej, w której zginęło aż dziewięć osób, a wielu jej uczestników, w tym Beck, doznało dogłębnych, tragicznych w skutkach odmrożeń.
Książka składa się z dwóch części. Pierwsza z nich to jego relacja z wyprawy na Mount Everest w maju 1996 roku. Opowiada w niej o szczegółach wejścia na szczyt, dniach poprzedzających tragiczne wydarzenia, o ludziach i zasadach obowiązujących w trakcie takich wypraw. To bardzo ciekawe rozdziały. O wielu sprawach związanych ze wspinaczką wysokogórską nie zdawałam sobie po prostu sprawy, jak na przykład tego, że rany nie goją się na dużej wysokości, a powyżej 8000 metrów żołądek nie trawi pokarmu. Skąd zatem wziąć siły by iść, zdobyć szczyt i zejść? 
Ci z Was, którzy oglądali film opowiadający o tej wyprawie, już wie, że Beck był osobą, która została pozostawiona przez współtowarzyszy na pewną śmierć. Uznali bowiem, iż umiera i nie ma dla niego żadnego ratunku. Dwanaście godzin później "zmartwychwstał", mimo ciężkich odmrożeń i prawie ślepy, dotarł do najbliższego, prowizorycznego obozu. Przeżył.
Druga część to rozdziały poświęcone naszemu bohaterowi i jego relacji z rodziną i otoczeniem. Beck krok po kroku prowadzi nas na drogę zrozumienia podejmowanych przez niego decyzji. Dzieli się z czytelnikami swoja prywatnością i prywatnością swoich najbliższych. Oni także opowiadają o fragmentach wspólnego życia widzianych z ich własnej perspektywy. Z lektury dowiadujemy się o dniu, w którym narodziła się wspinaczkowa pasja Becka, o tym jak się rozwijała i to jak trzymała go przy życiu, niszcząc jednocześnie relacje z rodziną. 
"Everest. Na pewną śmierć" to bardzo osobista książka. Kiedy zaczęłam ją czytać byłam przekonana, że cała  będzie poświęcona tej tragicznej wyprawie. Kiedy okazało się, że zajmuje ona tylko 1/3 książki byłam rozczarowana. Czytając jednak dalej, rozczarowanie zniknęło, a jego miejsce zajęło zrozumienie i ciekawość. Zdobywanie najwyższych szczytów świata to produkt końcowy, to spektakularny finał, ale co sprawia, że rodzi się ta iskra, która każe człowiekowi iść w bólu i potwornym, nieludzkim zmęczeniu krok za krokiem w nieznane, czasem na pewną śmierć. I o tym właśnie opowiada ta książka. O pasji pomimo wszystko.

"Wielką radością ostatnich lat jest dla nas po prostu życie. Nazywam to cudowną zwyczajnością życia"

OCENA: 7/10